Posłuchaj artykułu
Moim zdaniem, jeśli USA nie pójdą drogą Open Source, to potyczkę o SI już przegrały, co doprowadzi do tego, że Chińczycy ostatecznie pokonają ich nie tylko na polu SI, lecz także w kluczowych obszarach gospodarczej i geostrategicznej rozgrywki. Chińska strategia daje Amerykanom minimalne pole manewru i w praktyce przesądza wynik.
Zanim dojdziemy do modeli, musimy przejść przez ropę i kilka wojskowych mitów. Obiecuję, że na końcu wszystko się połączy.
Jak Chiny znalazły się w tym miejscu
Jeszcze niedawno Chiny były dla nas synonimem taniej tandety. Pamiętam żarty z chińskiej pracy, o której mówiło się wprost, że jest niewolnicza, i śmialiśmy się z chińskich produktów, które rozpadały się szybciej, niż zdążyło się przeczytać instrukcję. Napis "made in China" był wtedy ostrzeżeniem, a nie informacją o pochodzeniu, i takie rzeczy kupowało się z założeniem, że kupi się je jeszcze raz. Po latach wyraźnie widać postęp Chin będący efektem zmyślnego planu Deng Xiaopinga i myślę, że trudno nie docenić pomysłów i wykonania. Do tego pamiętać należy, że Chińczycy podzielili wysiłek na trzy etapy: akumulację zasobów, która się odbyła, przetrwanie w okresie przejściowym, czyli długi marsz, a na końcu renesans.
W Chinach wciąż jest dużo do zrobienia, bo jeszcze w 2020 roku premier Li Keqiang powiedział publicznie, że 600 milionów Chińczyków ma dochód poniżej tysiąca juanów miesięcznie. Demografia wygląda źle: liczba ludności spada od 2022 roku, a dzietność jest jedną z najniższych na świecie. Do tego dochodzi zamordyzm, system nadzoru, hukou przywiązujące ludzi do miejsca urodzenia i praca w warunkach, które u nas nazwalibyśmy niewolniczymi. Są też puste miasta postawione na kredyt, w których niczym diody na wyłączonym urządzeniu tlą się gdzieniegdzie pojedyncze światła zamieszkanych lokali. Jest zanieczyszczenie środowiska i dług amerykański w rękach Chińczyków, który jest nie tylko bronią, ale także potencjalnym problemem.
Tyle że Chiny odpowiadają na te zarzuty czymś, czego zwykle nie chcemy usłyszeć: to nie jest awaria systemu, to jest jego projekt. Nierównomierne rozdysponowanie dobrobytu jest zaplanowane, bo utrzymuje rezerwuar siły roboczej, który można przesuwać tam, gdzie akurat jest potrzebny, więc bieda prowincji nie jest skazą na wykresie, tylko paliwem dla fabryk wybrzeża. Nawet wyrównywanie ma tam swoją nazwę i swój harmonogram, bo ogłoszony w 2021 roku wspólny dobrobyt zakłada zamykanie różnic etapami, a nie od razu. Puste miasta są w tej opowieści zapasem, a nie pomyłką, bo urbanizacja ma trwać dalej i lepiej postawić za wcześnie niż za późno, a ciemne fabryki są odpowiedzią na kurczącą się liczbę rąk do pracy, bo skoro demografia zabiera ludzi, to trzeba nauczyć się produkować bez nich. Oszczędności gospodarstw domowych i firm, w połączeniu z liniami technologicznymi do przetwarzania zakumulowanych surowców, tworzą przy tym poduszkę, o jakiej Zachód może pomarzyć. Zapas zgromadzony na nowy długi marsz.
Siłą napędową mają być innowacje i centralnie sterowane inwestycje, a to nie są ogólniki, tylko kolejne rządowe plany rozpisane na lata. To one stoją za dzisiejszymi laserami do spawania, robotami, bateriami oraz samochodami elektrycznymi, a dziś wyznaczają kierunek na samowystarczalność technologiczną, sztuczną inteligencję, robotykę i kosmos. Wykonawcami są firmy prywatne i państwowe, bo w tym systemie granica między jednymi a drugimi jest umowna, a plan schodzi w dół szybciej niż u nas uzgodnienia międzyresortowe.
Można się z tym nie zgadzać. Można o tym dyskutować i warto to robić. Nie można tego tylko nie zauważać, bo planu nie ocenia się po tym, czy nam się podoba, lecz po tym, czy dowozi.
Chiny wysłały rakietę Długi Marsz w 2008 roku, aby dać komunikat przede wszystkim wewnętrzny, ale jednocześnie sygnał dla świata, że przechodzą do kolejnego etapu realizacji swoich planów.
Co zrobił kolektywny Zachód, gdy poskładał kropki? Najpierw, pod wpływem procentów składanych Wall Street, udawał, że nic się nie dzieje. Później zaczęły pojawiać się niemrawe cła, w których Amerykanie wraz ze swoimi wasalami ponieśli spektakularną porażkę. Przypomnę tylko, że tak jak produkty zalewały rynek, tak zalewają go dalej i to nie są już tylko plastikowe buble.
Mało tego. Pod naciskiem między innymi sankcji, ceł oraz zakulisowych rozgrywek Chińczycy zbudowali własną maszynę do litografii: od lipca tego roku seryjnie produkują maszyny DUV, które jadą prosto do ich największych fabryk procesorów, a prototyp EUV, czyli narzędzia do najbardziej zaawansowanych układów, mają już za sobą. Zostało im do domknięcia jedno ogniwo, seryjna produkcja maszyn EUV, żeby stać się jedynym państwem na świecie z kompletem wszystkich dostępnych technologii do produkcji procesorów. Zbudowali własne akceleratory graficzne, a teraz budują pierwszą na świecie elektrownię, która ma czerpać prąd z fuzji jądrowej. Nazywa się Xinghuo, ma 100 megawatów mocy i łączy dwie drogi naraz: fuzja daje strumień neutronów, ten podtrzymuje rozszczepienie, a prąd ma popłynąć do sieci około 2030 roku. Równolegle powstaje tokamak BEST, czyli kolejny krok za dzisiejszymi maszynami eksperymentalnymi.
Dla porównania Europa wciąż buduje eksperymentalny ITER, przy którym w środowisku miłośników tematu zaczyna się klarować konsensus co do nowej stałej fizycznej mówiącej o tym, ile zostało czasu do końca budowy, a dyskusja trwa, czy to 20, czy może 25 lat.
Jako wisienkę na torcie w postępie gospodarczym dodam rynek motoryzacyjny. Chińczycy zaoferowali około 100 różnych marek samochodów światu, a ich nacisk i innowacyjność powodują, że Volkswagen likwiduje w Niemczech ponad 35 tysięcy miejsc pracy do 2030 roku, i niewiele wskazuje, żeby na tym się skończyło. Hale, które do tej pory dawały napęd niemieckiej i naszej gospodarce, będą wykorzystywane jako montownie chińskich marek na rynek europejski, co najwyżej dając chwilę oddechu niemieckim pracownikom i politykom, zanim do społeczeństwa dotrze ból prawdziwych zmian. Piękne podsumowanie zachodnich inwestycji i skutków polityki zaślepionej pogonią za zyskiem, uległej decydentom rynków finansowych oraz ich czarom szybkiej stopy zwrotu.
Hegemon kontra pretendent
Dziś mamy pełną rywalizację między hegemonem a pretendentem. Hegemon, będąc w pułapce, próbuje pozbawić Chińczyków sił, zanim będzie za późno i wzrost rywala pozbawi go sprawczości, jakiej oczekuje. I tutaj rodzi się pytanie, czy już jest za późno?
Ameryka jest przy tym rozciągnięta na kilku kierunkach naraz i każdy z nich pochłania zasoby oraz uwagę.
Pierwszy poważny kierunek to własne podwórko, czyli Ameryka Południowa i Karaiby: pojmanie prezydenta Wenezueli, wojna z kartelami, zastraszanie Meksyku i walki plemienne z Kanadą, a w odpowiedzi brazylijska ustawa zakazująca tamtejszym bankom przestrzegania amerykańskich sankcji wobec obywateli Brazylii, czyli sojusznik z regionu właśnie nauczył się mówić nie. Ponadto w tle mamy epidemię fentanylu, za której kulisami widoczne są chińskie wpływy. Echo wojen opiumowych, którymi Brytyjczycy raczyli Chiny niemal 200 lat temu i które dla nas są już tylko historią, a w chińskiej martyrologii pozostają żywą raną. Drugi to Europa, gdzie zastraszanie Danii w sprawie Grenlandii, siłowe rozgrywanie Ukrainy i dopychanie kolanem lojalności Niemiec oraz Francji dały efekt połowiczny, bo o europejskiej autonomii mówi się dziś głośniej niż kiedykolwiek, a Ameryce kurczą się plemiona popleczników podtrzymujących tę układankę. Trzeci to Bliski Wschód i okolice cieśniny Ormuz, gdzie po całej awanturze program atomowy Iranu zostaje w zasadzie nietknięty, reżim ajatollahów pozostaje u sterów, a Ameryka wychodzi z roli tego, kto narzuca warunki, do roli tego, kto dopłaca do spokoju, i do tego kierunku jeszcze wrócę.
Jeśli chodzi o narkotyki i chińską omnipotencję, pamiętać musimy, że w wielu obszarach ten aspekt jest mimo wszystko przerysowany przez media. Trudno jednoznacznie wypowiadać się na te tematy, więc roboczo przyjmuję, że tutaj USA całkiem nieźle dają sobie radę, przede wszystkim dzięki swojemu duchowi, zaradności, bliskości geograficznej wyzwań oraz bezkompromisowemu potencjałowi. Nie odbywa się to jednak bez kosztów, a koszty są tutaj słowem kluczowym. Wrócimy do nich.
Przestarzała technologia bez doktryny
Zostańmy przy kierunku europejskim, bo widać na nim coś więcej niż samą politykę. Działania Ameryki są często kontrskuteczne, powodując, że w obszarze zbrojeniowym, i to na ostro, rywalizują z nią nie tylko Europejczycy zachodni, ale także Ukraińcy. Zachód Europy narzuca z kolei projekty finansowe pokroju SAFE, co do zasady mające finansować zakup lokalnego uzbrojenia. A dla USA optymalne byłyby wielkie wydatki zbrojeniowe z europejskich pieniędzy w amerykańskim przemyśle, wielkie zależności i surowce z ukraińskiej ziemi. Swoją drogą, nie zdziwię się, jeśli te surowce okażą się blefem. Tymczasem mamy twardą rywalizację oraz wypychanie wpływów, a zwłaszcza deprecjację przestarzałych doktrynalnie amerykańskich technologii niszczonych przez komunijne drony, nawiązując do słów klasyka.
Wróćmy jednak do sprzętu, bo problemem Ameryki nie jest to, że ma zły sprzęt i technologie, tylko to, że ma sprzęt i technologie drogie, do których nie ma adekwatnych wytycznych pozwalających konkurować z tanimi i masowymi. Apache kosztuje kilkadziesiąt milionów dolarów za sztukę, a zestrzelić go potrafi piechur z Piorunem albo dron za cenę używanego auta, więc maszyna zaprojektowana do panowania nad polem bitwy nie ma już bezpiecznego miejsca, z którego mogłaby to robić. Doktryna powstawała wtedy, gdy przeciwnik miał kilkadziesiąt wyrzutni w brygadzie, a nie kilkudziesięciu operatorów dronów w każdej kompanii i sklep z częściami zamiennymi na wyciągnięcie ręki. Przypomina Ci ta sytuacja coś, czytelniku?
Problem amerykańskiego mentalu
Nasuwa mi się analogia do tego, jak potężną i zaawansowaną konnicę miał kraj nad Wisłą. Poczet husarski wyceniano jeszcze pod koniec XVII wieku na kwotę porównywalną z ceną wsi, więc mieliśmy najlepszą, ale i najdroższą jazdę kontynentu. Aż przyszedł Karol Gustaw z armią, która wygrała z nami nie tylko muszkietem i chłopską masą, ale przede wszystkim nowym sposobem myślenia o rywalizacji. Nie brakowało nam więc siły i technologii, brakowało nam pomysłu, i to przez cały pierwszy rok wojny. Znalazł się dopiero wtedy, gdy przestaliśmy szukać jednej wielkiej bitwy i zaczęliśmy prowadzić wojnę szarpaną, uderzać na kwatery i tabory, męczyć przeciwnika, którego utrzymanie kosztowało więcej, niż zdołał zrabować. Dokładnie tym samym argumentem, czyli pomysłem, grają dzisiaj Rosjanie, Ukraińcy czy Iran, uczy się tego podejścia cały świat, a USA ze swoim kompleksem badawczym i przemysłowym nie mają na niego odpowiedzi.
Po co o tym mówię? Po to, aby zwrócić uwagę na stan psychiczny, w którym Amerykanie są zamknięci. Na to, w co wierzą i przez jaki filtr patrzą na świat. Zupełnie jak nasza szlachta swego czasu: pełna frazesów, przekonana o swojej nieomylności, będąca wręcz ucieleśnieniem słów, że pycha kroczy przed upadkiem.
Czy USA można zarzucić dokładnie to samo? Zapewne nie. To inny kaliber klasy i jakości. Jednak nowotwór pychy dobijał dłużej trwające imperia. W wyobraźni, lotem ptaka, porównajmy siłę słów Ameryki za czasów Ronalda Reagana z dzisiejszymi nawoływaniami Donalda Trumpa. Chyba widzimy różnicę gołym okiem.
Gdzie w tej układance jesteśmy my jako Polska? To chyba temat na osobny wpis.
Cieśnina Ormuz i problem większy niż sama wojna
Płynąc dalej rzeką mojego słowotoku, spójrzmy na sytuację w okolicach znanej już chyba wszystkim kanapowym strategom cieśniny Ormuz. Było wyśmiewanie Putina z utknięcia na Ukrainie, miał być upadek reżimu i niszczenie całych cywilizacji... Tymczasem z najnowszych doniesień medialnych na temat planu pokojowego wynika niekolorowa sytuacja Ameryki, która ma płacić Iranowi reparacje, program atomowy nie ulegnie zatrzymaniu, a reżim ajatollahów pozostanie u władzy tak jak był.
Tutaj Ameryka wplątała się w problem natury wręcz egzystencjalnej, i to w obszarze napędzającym jej rewolucję SI oraz podbój kosmosu, będące sposobem na ucieczkę do przodu. I właśnie tutaj dochodzimy do wspomnianych wcześniej kosztów.
Co Ormuz ma wspólnego ze sztuczną inteligencją
Wraz z kosztami pojawiają się także argumenty za tym, że Ameryka musi uwolnić swoje modele, bo inaczej przegra wyścig z Chinami. Przez dekady działało to prosto: ropa sprzedawana za dolary, a nadwyżki szejków wracające na amerykańską giełdę i podbijające wyceny tamtejszych spółek. Problem amerykański w cieśninie Ormuz spowodował zatrzymanie się dopływu petrodolarów od szejków, którzy dziś negocjują z Iranem finansowe warunki koegzystencji. To będzie miało konsekwencje dla wycen spółek na amerykańskiej giełdzie, bo przecież część środków trafi do budżetu Persów, a nie na rynek.
A właśnie te wyceny napędzają wyścig zbrojeń SI, dając kolosom na glinianych nogach w rodzaju OpenAI dostawy kapitału przepalanego na kolejne eksperymenty oraz subsydiowanie abonamentów na modele. Dzięki temu mogą pozyskiwać następne masy danych od swoich użytkowników, w nadziei, że któregoś pięknego dnia zaczną wreszcie spijać śmietankę ze swoich wysiłków i spłacać oczekiwania inwestorów w formie dywidendy.
Pieniądze od Arabów nie płyną, a nawet jeśli znów zaczną, będzie ich mniej. Ponadto możliwe, że Iran uwolni ropę ze swoich zasobów i będzie ją sprzedawał najpewniej poza amerykańskim systemem dolarowym. Nie powodując wzrostu wycen amerykańskich spółek, lecz zasilając przede wszystkim gospodarki krajów rozwijających się i Chin. A przecież na pompowaniu pieniędzy amerykańska strategia sztucznej inteligencji stoi.
Amerykański zakład o AGI
Najwięksi beneficjenci krótkowzroczności amerykańskiej polityki deindustrializacji oraz szybkich stóp zwrotu, technologiczni baronowie pokroju Muska, Bezosa i Zuckerberga, przekonują klasę polityczną, że wyścig sztucznej inteligencji można wygrać, doprowadzając do AGI. Moim zdaniem to bzdura. Stoimy przed dwiema opcjami: AGI się uda lub nie wyjdzie. I te dwa scenariusze sobie omówmy.
Jeżeli czołowe laboratoria SI stworzą modele dowożące to, co obiecuje AGI, będzie to oznaczało, że modele te są co najmniej poza naszą kontrolą. W praktyce staną się niebezpieczne, więc będą musiały być reglamentowane. A wtedy bardzo trudno będzie je urynkowić. Bo jak bezpiecznie sprzedać usługę, która może sama włamać się do systemu bankowego? Do tego pamiętajmy, że nawet jeśli odbierzemy modelowi SI chęć do naruszania zasad cyberbezpieczeństwa, zawsze można go oszukać i nakłonić do działania technikami jailbreakingu lub wydestylować jego wiedzę oraz "reasoning", budując na tych fundamentach własny LLM o zbliżonych możliwościach.
Wystarczy spojrzeć na ostatnie doniesienia, by zobaczyć, jak niebezpieczna jest to technologia. Dosłownie kilka tygodni temu OpenAI prowadził eksperymenty z "ChatGPT 6", który wydostał się z zamkniętego sandboxa programistycznego, następnie włamał się do firmy Hugging Face, bo łatwiej było mu przeprowadzić pełnoskalowy atak hakerski na zewnętrzną firmę niż rozwiązać zbyt trudne testy. Najciekawsze jest to, że Hugging Face musiał bronić się chińskimi open source'owymi modelami z rodziny Kimi.
Drugie podejście zakłada, że AGI to odległa pieśń przyszłości albo rzecz wręcz niemożliwa. Załóżmy więc, że AGI nie będzie, ale będziemy mieli coraz lepsze modele SI. Modele, które w amerykańskim mechanizmie finansowania przez giełdę znów muszą generować realne przychody, bo cierpliwość inwestorów i banków ma swoje granice.
Zamknięte modele wpadają w pułapkę
Aby popłynął strumień pieniądza, model SI musi zostać udostępniony rynkowi. Najlepiej tak, aby zapewnić amerykańskim obywatelom względnie równy dostęp do rozwiązania. System staje się więc publicznie dostępny, a jeśli jest publicznie dostępny, staje się podatny na destylację, czyli masowe odpytywanie po to, żeby na jego odpowiedziach wytrenować własny model, oraz na kolejne naciski ze strony chińskich laboratoriów.
Jedną z odpowiedzi, moim zdaniem i tak mało szczelną, jest to, co już widzieliśmy: próba reglamentacji dostępu do modeli SOTA, czyli najlepszych dostępnych, i udostępnianie ich wyłącznie wybranym korporacjom. Tyle że to będzie powodowało olbrzymie napięcia społeczne. Dlaczego amerykańska firma zatrudniająca 30 Amerykanów i konkurująca z wielką korporacją miałaby nie dostać dostępu do amerykańskiego modelu? To będą potężne siły targające amerykańską polityką, zdolne wywrócić niejeden układ do góry nogami.
Dziś jeszcze tych sił tak wyraźnie nie widać, ponieważ na razie pracę tracą lub zmieniają osoby wykonujące egzotyczne zawody, takie jak programiści czy analitycy finansowi. Niedługo jednak rewolucja zacznie rozlewać się na kolejne masowe zajęcia, takie jak administracja. Wtedy zobaczymy odpływ pracy w obszarach, gdzie swój chleb zdobywają miliony ludzi.
Dodajmy do tego głębszą niż dziś pauperyzację społeczeństwa oraz zabetonowanie na pokolenia podziału między tymi, którzy wpisują prompty, a tymi, którzy ich słuchają. Mamy wtedy solidne podstawy, aby przypuszczać, że komuś zacznie się to bardzo nie podobać. I że będzie gotów walczyć o swoje.
Technologia, o której piszę, w kontekście Ameryki, której rozciągnięcie widzi dziś niemal każdy, to nie są żarty. To przewrót wręcz kopernikański na ciele globalnego hegemona, który świat jednocześnie pożera i stabilizuje. To, co przed nami, przypomina wybór między dżumą a cholerą: wygranie przez Amerykanów wojny o SI może oznaczać destrukcję amerykańskiego społeczeństwa, a przegranie upadek amerykańskiej hegemonii. To jest plan, do którego przekonano amerykański aparat polityczny, a konsekwencje dotkną nas wszystkich.
Na czym miał polegać amerykański model biznesowy SI
Pierwotne założenie USA było w gruncie rzeczy proste. Weźmiemy dane całego świata, nie pytając nikogo o zgodę. Zbudujemy modele LLM, równie bezwzględnie jak przy wymuszaniu zakupów dolarowych. Następnie sprzedamy światu dostęp do tokenów, finansując wygodne życie Amerykanów.
I wtedy pojawili się Chińczycy. Podważyli cały model, bo sięgnęli po dokładnie te same metody, którymi zbudowano tę przewagę. Metodycznie destylując modele, ściągając chińskich fachowców z Ameryki i wychowując zastępy ludzi pasjonujących się matematyką, zaczęli rozdawać światu za darmo około 95% możliwości tego czegoś, na czym Amerykanie mieli zbijać kokosy przez następne lata. Na dodatek Chińczycy zrobili to bez pytania kogokolwiek o zgodę i bez uprzedzania o swoich planach.
Poszli jeszcze dalej. Przeanalizowali amerykańskie przewagi komparatywne nad chińskim rynkiem IT i postawili na rolę drugiego, unikając znaczących kosztów przedzierania się przez nieznane obszary, i skupili się na optymalizacji amerykańskich architektur oraz drastycznym obniżaniu kosztów przy wykorzystaniu zasobów, które sami posiadają. W sposób, który Chińczycy mogą realizować, a Amerykanie już nie bardzo.
Chiny nie muszą być pierwsze
O czym piszę? Amerykanie mają gigantyczną przewagę nad resztą świata, a jest nią amerykański sen. Możliwość ściągania najinteligentniejszych i najzdolniejszych ludzi z całego globu oraz zapewnienia im najlepszych warunków do pracy. Na te potrzeby pobudowali całą infrastrukturę typu Google Camp czy inny innovation hub, będącą w praktyce mechanizmem wysysania od swoich sojuszników największych talentów.
Bo o ile średniej klasy fachowiec, a nawet wyśmienity specjalista, znajdzie pracę w Google w Warszawie, ultratalenty pokroju noblistów albo ludzi znajdujących się blisko tego poziomu są wyłapywane i ściągane do USA. Tam budują amerykańską dominację technologiczną.
Chińczycy takich zdolności nie mają. Nie potrafią tak sprzedawać swojego snu. Są pewnie szowinistami, mają inną kulturę, nigdy wcześniej nie musieli tego robić, dopiero się tego uczą. W efekcie mogą korzystać z ultratalentów głównie w oparciu o własne zasoby ludzkie. Ogromne, ale nadal nie jest to cały świat, tak jak w przypadku Amerykanów.
Dlatego w swojej strategii, świadomie albo organicznie, Chińczycy doszli do wniosku, że nie ma sensu ścigać się z Amerykanami wyłącznie o najlepszy model. Trzeba działać pomysłem. Tym pomysłem nie jest samo Open Source, lecz całe podejście do modeli oparte na ultraoptymalizacji architektur, datasetów i narzędzi służących do trenowania.
Mrówcza praca zamiast pogoni za największym modelem
Do takiego podejścia potrzebne są rzesze programistów bardzo wysokiej klasy. "Średniej" klasy tylko w tym sensie, że mówimy o pierwszym garniturze zaraz za absolutnymi ultratalentami. Tych fachowców i doktorantów Chiny mają rzesze.
Mogą ich wykorzystać do optymalizacji procesów oraz bardzo pracochłonnego wyciskania z kodu i narzędzi wszystkiego, co tylko się da. Do robienia tego, na co najtęższe głowy nie mają ani czasu, ani chęci: przepisywania istniejących bibliotek, sterowników, narzędzi do obsługi kart graficznych. Przykładem niech będzie DeepSeek, który przy trenowaniu swojego modelu zszedł piętro niżej i napisał sobie własne sterowniki, żeby wycisnąć z kart to, czego gotowe narzędzia nie dają.
Zamiast korzystać z ogólnego zastosowania procesora, który dzięki oprogramowaniu producenta może zarówno zagrać w grę, jak i zbudować model, Chińczycy przepisują sterownik pod potrzeby konkretnego modelu, optymalizują działanie procesorów, wyciskają z nich ukryty potencjał. Mrówczą pracą nadrabiają punkty pozostawione przez amerykański pęd ku temu, co większe, mocniejsze i silniejsze.
Jednocześnie bez ceregieli czerpią z amerykańskich modeli, wykorzystując ich odpowiedzi jako materiał treningowy dla własnych. Dzięki temu utrzymują stosunkowo niewielki dystans do lidera, rozdając modele LLM za darmo i nie pozwalając amerykańskim firmom nawet na chwilę odetchnąć.
Zupełnie inny model finansowania
Do tego dochodzi sposób finansowania chińskich laboratoriów: granty, inwestycje wynikające z centralnego zamówienia politycznego, gotowość do przepalania "skromnych" w porównaniu z Amerykanami zasobów, których koszt można rekompensować zyskami w innych dziedzinach, oraz znaczące pominięcie klasycznych mechanizmów rynkowych. Model przypominający bardziej politykę nakazową wobec koreańskich czeboli niż amerykański wolny rynek.
W rezultacie Amerykanie mają dziś ciężki orzech do zgryzienia, bo ich strategia, w mojej ocenie, okazała się krucha. Nie będzie wspaniałej centralizacji zasobów i eksploatacji swojej części świata przez następne dziesięciolecia.
Chińczykom udało się połączyć ogień z wodą: produkcję oprogramowania z rozdawaniem go za darmo, gospodarkę nakazową z rynkowymi konsekwencjami. Chińskie laboratoria mogą udostępniać modele, rozdawać ich możliwości światu, a równocześnie zarabiać na mocach obliczeniowych potrzebnych do ich uruchamiania. Do tego dochodzi narracja, którą Xi Jinping kieruje wprost do Globalnego Południa:
Chodźcie z nami, bo my obronimy was przed niesprawiedliwością.
Sam, gdy buduję narzędzia, korzystam z najlepszych modeli amerykańskich, ale na produkcji ustawiam alternatywy open source.
I właśnie tutaj pojawia się Open Source
Jest metoda, aby bronić się przed tym naporem, tyle że na razie Amerykanie zdają się jej nie dostrzegać. Jest nią Open Source. Wbrew pozorom nie jest to rozwiązanie tak głupie, jak może się wydawać. Jest natomiast potwornie ryzykowne, ponieważ amerykańska giełda musi nadal rosnąć. To ona finansuje system emerytalny lewarowany na instrumentach, które instrumentalizują wszystko, na czym da się zarobić pieniądze dla Wall Street i wypłacić odsetki emerytom.
Zdaję sobie sprawę, że przejście na taki model byłoby niezwykle trudne. Wymagałoby nie tylko otwarcia tego, co już zostało zbudowane, lecz także stworzenia ekosystemu wielu małych i średnich podmiotów zdolnych złagodzić spadek wartości scentralizowanych gigantów takich jak OpenAI i najlepiej to ze sobą zsynchronizować.
Jak mogłoby to wyglądać w praktyce? Widzę co najmniej trzy warunki. Po pierwsze, otwieranie modeli o generację starszych od najnowszych: czołówka dalej zarabia, a świat buduje na amerykańskich, nie chińskich fundamentach. Rozproszenie dostępu do sukcesu technologicznego może dać rozwój innowacyjności i współpracy, także przy optymalizacji obecnych rozwiązań, dając alternatywę dla chińskiej mrówczej pracy. Po drugie, licencje otwarte dla sojuszników, a zamknięte dla rywali, czyli technologia jako spoiwo bloku, nie towar na wolnym rynku. Po trzecie, przeniesienie zarabiania z tokenów na to, czego nie da się wydestylować: infrastrukturę, energię, chmurę i wdrożenia. Chińczycy pokazali przecież, że na otwartych modelach da się zarabiać mocami obliczeniowymi. Ameryka może ten ruch skopiować, wybijając Chińczykom argument 95% za darmo: skoro wszyscy dają za darmo, to warto trzymać się amerykańskich firm, bo można dostać platformę zintegrowaną i zoptymalizowaną pod model, a do tego dowolność sprzętu. Osobną sprawą jest pobudzenie rewolucji sprzętowej. Gdyby Amerykanie zdecydowali się pójść z open source dalej i udostępniać procesory w technologiach, które Chińczycy zaczynają kapitalizować, odbierając im część zysków, to w połączeniu z polityką może to dawać ciekawe rezultaty.
Ale wybór jest trudny. Amerykanie muszą zacząć dzielić się technologią poprzez Open Source i budować ekosystem współpracujących podmiotów wraz z państwami pozostającymi w ich strefie wpływów. Bo inaczej Chińczycy w końcu Amerykę prześcigną. Nie tylko w jakości swoich rozwiązań, ale również w ekonomii ich wykorzystania.
Jak jest teraz?
Rezultaty już widać. Większość sprzedawanych tokenów u jednego z największych pośredników w dostępie do modeli na świecie, czyli w OpenRouterze, pochodzi z chińskich modeli Open Source.
I żeby nadać właściwy ton tym dywagacjom, trzeba jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. Cała ta rozprawa dotyczy tylko jednego typu sztucznej inteligencji, czyli dużych modeli językowych LLM. To o nie toczy się opisywana wyżej wojna. We wszystkich pozostałych obszarach rozstrzygnięcie już zapadło.
Widzenie komputerowe, czyli modele analizujące obraz, Chiny zdominowały lata temu. W rankingach dokładności rozpoznawania twarzy, które prowadzi amerykański instytut NIST, czołówkę od lat okupują silniki CloudWalk, SenseTime i Megvii, a sprzęt, na którym ten software pracuje, też jest chiński, bo Hikvision i Dahua kontrolują lwią część światowego rynku kamer przemysłowych. Do tego dochodzi rozpoznawanie sylwetki i chodu: systemy w rodzaju Watrix identyfikują człowieka z pięćdziesięciu metrów, od pleców, z zasłoniętą twarzą. W diagnostyce obrazowej chiński regulator dopuścił już dziesiątki systemów najwyższej klasy ryzyka, od wykrywania raka płuca po ocenę dna oka, trenowanych na zbiorach danych, o jakich zachodnie kliniki mogą tylko pomarzyć. A modelowanie zachowań i typowanie przestępstw działa tam produkcyjnie, na żywym organizmie miliarda czterystu milionów ludzi, podczas gdy Zachód wciąż dyskutuje o etyce pilotaży.
Skalę tej przewagi widać w liczbach: Chiny odpowiadają dziś za około siedemdziesiąt procent światowych zgłoszeń patentowych w SI i prowadzą zarówno w liczbie publikacji naukowych, jak i cytowań. Zachodowi została przewaga w modelach językowych. I właśnie dlatego wojna, o której piszę, jest ostatnią, którą ma on jeszcze szansę wygrać.
I tutaj wracamy do początku. Moim zdaniem Amerykanie tę rywalizację przegrywają. Nie dlatego, że nie potrafią zbudować lepszego modelu, bo potrafią. Nie dlatego, że zabrakło im talentów, kapitału, infrastruktury czy technologii, bo nadal mają ich gigantyczne ilości. Problem polega na czymś innym.
Mierzą się z organizmem cywilizacyjnym, w którym teoria wojny utrwalana przez tysiące lat zakłada, że najwyższą sztuką pokonania przeciwnika nie jest rozbicie jego armii w pył. Najwyższą sztuką jest takie ukształtowanie przedpola, aby przeciwnik w pewnym momencie sam zrozumiał, że dalsza walka nie ma sensu. Żeby spojrzał na koszty, na zasoby, na własne społeczeństwo, na przeciwnika, na reguły gry i doszedł do wniosku, że nie ma już o co walczyć, bo nie ma jak konkurować. Żeby jego armia nie została wybita, tylko po prostu rozeszła się do domów.
I właśnie dlatego uważam chińską strategię w SI za interesującą. Amerykanie próbują wygrać, budując coraz potężniejszą armię modeli, centrów danych, kapitału i zamkniętych technologii. Chińczycy próbują natomiast zmienić samo pole bitwy tak, aby ta armia przestała dawać przewagę.
Jeżeli najlepszy amerykański model kosztuje fortunę, a kilka miesięcy później chiński model oferuje 90-95% jego możliwości za ułamek ceny albo wręcz w Open Source, to pytanie przestaje brzmieć "Kto ma najlepszy model?", a zaczyna brzmieć "Po co mam płacić za najlepszy model?".
I w momencie, w którym wystarczająco duża część świata zacznie zadawać właśnie to pytanie, wojna może skończyć się bez spektakularnego zwycięstwa, bez technologicznego Waterloo i bez jednego momentu, w którym ktoś oficjalnie ogłosi kapitulację. Po prostu któregoś dnia okaże się, że korekta giełdowa obnaży słabeuszy.
I tu jedno uczciwe zastrzeżenie na koniec. Nie wiem, czy Amerykanie tę rozgrywkę wygrają, czy przegrają, i nie zamierzam ogłaszać wyniku meczu w jego trakcie. Wiem natomiast, że są dziś w bardzo trudnym położeniu, a trudność polega na czymś, czego nie widać w tabelkach z PKB i nakładami na badania.
Nie rywalizują bowiem z chińską produktywnością, gospodarką ani innowacyjnością. Z tym akurat potrafiliby się zmierzyć, bo robili to przez cały XX wiek i nieraz udowodnili, że umieją. Rywalizują ze sposobem, czyli z chińską sztuką wojny, a sposobu nie da się przelicytować ani większym budżetem, ani lepszym modelem, ani kolejnym centrum danych. Można go tylko zrozumieć i odpowiedzieć własnym. Amerykanie mierzą się z chińską Sztuką Wojny, ceniącą wygraną z przeciwnikiem bez podejmowania jawnych bitew.
